niedziela, 21 sierpnia 2016

Nie będzie w tym zbytniej przesady, jeśli nazwę system transportu w Albanii prawdziwym fenomenem. Dotychczas nigdzie nie spotkałam się z tak skomplikowanym, nieuporządkowanym i pozbawionym ram czasowo-przestrzennych (bo nie wiadomo nie tylko, o której coś odjeżdża, ale też skąd) rozwiązaniem transportowym. Dlatego wszystkie osoby, które w tym chaosie się odnalazły i dotarły zgodnie z planem nie raz, a kilka razy z punktu A do punktu B, powinny dostać odznakę rasowego podróżnika.

 

Zacznijmy od pociągów, bo te mają przynajmniej stałe dworce, które łatwo zlokalizować. Albańska kolej to dość młoda instytucja (tworzona od 1946 roku), co nie znaczy, że dzięki temu jest nowoczesna, rozbudowana i z nowym, klimatyzowanym taborem. Podróż odbywa się w starych, zniszczonych włoskich pociągach (aczkolwiek bardzo klimatycznych!), a do wyboru jest tylko kilka tras łączących największe miasta: Shkodёr, Tirana, Durrёs, Pequin, Pogradec i Vlorё. Dodatkowo wszystkie trasy są jednotorowe i maksymalna prędkość przejazdu wynosi 30-50 km/h z wyjątkiem trasy Durrёs-Tirana – tu można sunąć aż 70 km/h. Tak więc wszyscy, którzy lubują się w oglądaniu widoków zaokiennych, będą mieli na to duuużo czasu i nie przegapią żadnego szczegółu krajobrazu.


Pociąg przyspieszony

Ja zdecydowałam się na podróż na trasie Shkodёr-Tirana, mimo że zabiera ona więcej czasu niż przejazd busikiem. Ale tyle się naczytałam o albańskiej kolei, że nie mogłam odmówić sobie takiej przejażdżki. Sprawdziłam wcześniej rozkład jazdy, który okazał się dość skąpy – mój pociąg był o 6.30, a potem długo, długo nic. Zapamiętajcie – 6 rano, ewentualnie 6.30 to strategiczne godziny odjazdów wszystkich środków transportu w Albanii. Jeśli chcecie gdzieś pojechać, na pewno o tej porze będziecie mieć transport, tylko w przypadku autokarów i busików trzeba jeszcze wiedzieć, skąd odjeżdżają. Aby mieć pewność, że z rana nie będę mieć kłopotów z odnalezieniem dworca i aby przekonać się, jak daleko znajduje się on od mojego hotelu, dzień wcześniej poszłam go odszukać. Udało się, bułka z masłem. Można jechać.

Wstałam bladym świtem i mimo potwornego niewyspania żwawo ruszyłam na dworzec. Kupiłam uroczy, oldschoolowy bilet – z tyłu kasjerka wlepiła pieczątkę z datą i miejscem odjazdu oraz ręcznie napisała stację docelową – i nieśpiesznie udałam się do pociągu, by zająć miejsce. Podróżnych nie było zbyt wielu i miałam cały przedział dla siebie. Spoglądam na zegarek – jest 6.15. Jeszcze kwadrans do odjazdu, myślę sobie i wygodnie się rozsiadam. Po minucie pociąg rusza. Tak po prostu, wbrew rozkładowi. Co prawda w Albanii nie ma pociągów pośpiesznych, ale za to możemy trafić na przyspieszone.

W tym momencie odetchnęłam z ulgą, bo gdybym postanowiła sobie pochodzić po dworcu (choć właściwie nie ma czego tu oglądać), to spóźniłabym się na odjazd, a następny pociąg miałabym za kilka godzin… Na kolejnych stacjach dosiadali się kolejni pasażerowie, a mój przedział wypełniał się kolejnymi pasażerkami i ich gwarnymi rozmowami (jako że to jest kraj muzułmański, choć w teorii laicki, mężczyźni nie siadają z kobietami). W końcu dotoczyliśmy się na dworzec w Tiranie, który przedstawiał dość skromny widok. Ale do tego trzeba się w Albanii przyzwyczaić.

             

 

Przystanki widmo i inne przygody

A jak się ma sprawa z autokarami (kursują na dłuższych trasach) i busikami? Tu dopiero jest zabawa, choć podróżnym rzadko jest do śmiechu. Z busikami jest niby prosto, bo wystarczy na nie machnąć gdziekolwiek, a zatrzymają się i nas zabiorą, jeśli mają wolne miejsca. Tylko że mało kto łapie je już na trasie i raczej chce do nich wsiąść na samym początku podróży. Jednak problem polega na tym, że nie zawsze wiadomo, skąd ruszają i uwierzcie mi, że nawet sami Albańczycy mają z tym kłopot. Niejednokrotnie próbowali mi pomóc w namierzeniu przystanku i sami czuli się zagubieni, chodząc ze mną raz w jedno, raz w inne miejsce i dopytując wszystkich wokół. W końcu poddawali się i mówili, że najlepiej stanąć już przy drodze, na trasie busa. Cena przejazdu w czasie mojej wizyty w Albanii była stała i wynosiła 100 leków bez względu na to, czy jedzie się 5 minut, czy godzinę.

Z autokarami sprawa jest nie mniej skomplikowana, bo nie ma czegoś takiego jak dworce autobusowe. Miejsce odjazdu jest uzależnione od kierunku, w który jedziemy. Na przykład w Tiranie autokary jadące na południe ruszają z innej części miasta niż te jadące na północ.  Ale nie myślcie sobie, że jak już namierzycie odpowiednie miejsce odjazdu, to znajdziecie tam prowizoryczny postój czy chociażby pętlę. To byłby luksus. Autokary są porozrzucane po różnych ulicach i uliczkach wokół miejsca odjazdu, więc do każdego trzeba podejść i obejrzeć tabliczkę z destynacją, aż w końcu się trafi na swój. Ewentualnie jakiś życzliwiec wskaże Wam odpowiedni pojazd, gdy Wy już z obłędem w oczach będziecie bezskutecznie krążyć od jednego do drugiego.

Autokary nie są okazami nowości, ale jest w nich przynajmniej czysto, a kierowcy często umilają przejazd puszczaniem miłej dla ucha muzyki. Zdarzają się naprawdę wysłużone modele i miałam okazję jechać takim w trakcie mojej najbardziej ekstremalnej podróży na trasie Gjiroakstёr-Korçё. Mało brakowało, a w ogóle by do niej nie doszło, bo autokar o godzinie 7 rano przyjechał już wypełniony, zabierając zmianę wakacyjnego turnusu z pobliskiej Sarandё. Przy wejściu do środka rozgrywały się dantejskie sceny, a kierowca, cały czerwony na twarzy, niestrudzenie wzbraniał się przed zabraniem kolejnych podróżujących, krzycząc i podnosząc ręce do góry. Bo gdzie ich pomieścić, kiedy wszystkie miejsca są już zajęte i zostały tylko te na podłodze?

Ale ostatecznie uległ, bo inaczej zawiedzeni pasażerowie i tak nie daliby mu odjechać. Przecież następny kurs byłby dopiero za kilka godzin… I dla mnie znalazł się kawałek wolnej przestrzeni, czyli miejsce na tylnych schodkach autobusu, bez możliwości wyprostowania nóg i z koniecznością siedzenia w pozycji embrionalnej przez siedem godzin jazdy. Mimo to było bardzo przyjemnie, a podróż minęła zadziwiająco szybko. Kierowca zatrzymał się na jakiejś stacji benzynowej i zabrał ze sklepu skrzynki po warzywach, aby część podróżnych mogła na nich usiąść. Starał się, jak mógł, by dać choć odrobinę komfortu i za to mu chwała. Inni usadowili się na własnych wiadrach, w których coś wieźli lub które stanowiły ich ostatni nabytek.

I tak sobie wszyscy jechali, podziwiając majestatyczne góry za oknem. Koło mnie znajdował się radosny, 8-letni chłopiec David, który podróżował z tatą. Bardzo zainteresował się moimi rozmówkami albańskimi, z których się uczyłam. Siedząca obok mnie pani po chwili wyjęła swoje angielskie rozmówki i próbowała zlepić jakieś zdanie w tym języku. Oczywiście nie za bardzo jej to wyszło, ale i tak przyklasnęłam z zachwytem i powiedziałam, że dobrze sobie radzi. Przyjemnej, wręcz rodzinnej atmosfery nie popsuł nawet drobny wypadek, bowiem nasz autokar nie wyrobił się na ostrym, górzystym zakręcie i wpadł do rowu. Ale jakoś się z niego wygramoliłł i nawet nie musieliśmy z wychodzić na zewnątrz. Jak widzicie, podróżowanie lokalnymi środkami transportu w Albanii to ciąg niekończących się atrakcji. Proszę się nie zrażać, tylko koniecznie spróbować!


 

Sierpień, 2011 r.

 

czwartek, 11 sierpnia 2016

Amsterdam jest z jednej strony nowoczesną, niekiedy wręcz frywolną metropolią, ale jednocześnie z odpowiednim szacunkiem spogląda w stronę swojej historii i pielęgnuje tradycję. Obok niezliczonych coffeeshopów i głośnych knajp znajdziemy w nim również zakątki, gdzie czas się zatrzymał.

 

Dwoista jest też natura mieszkańców Amsterdamu – na pierwszy rzut oka radośni i beztroscy, w głębi duszy pokutuje w nich kupiecka mentalność, materializm i drobiazgowość. Ich charakter oraz charakter miasta ukształtowała woda, z którą zmagają się od wieków. O wodnej odsłonie stolicy Holandii już pisałam, dlatego tym razem zabieram Was na spacer po najsłynniejszych i najciekawszych punktach miasta.



1. Begijnhof

Ta oaza ciszy i spokoju jest usytuowana wokół gwarnego i tłocznego placu Spui w sercu Amsterdamu. Jej początki sięgają 1346 roku, kiedy grupa pobożnych świeckich kobiet przybyła do miasta, by założyć wspólnotę religijną. Beginki zamiast klasztoru zbudowały dla siebie małe i urocze domki. Żyły i pracowały jak zakonnice, choć nie złożyły ślubów. Obowiązywały je surowe zasady: spartańskie życie, skromny strój, brak towarzystwa mężczyzn w nocy oraz brak zgody na nocowanie poza domem. Gdy w czasie reformacji zakazano obnoszenia się z wiarą katolicką, praktykowały w ukryciu. Co więcej, zakupiły dwie kamienice sąsiadujące z kościołem anglikańskim i zamieniły je w tajną świątynię. Wejście do Begijnhof jest lekko ukryte, ale i tak łatwo je dostrzec z powodu co i rusz wchodzących i wychodzących turystów. Gdy już znajdziemy się niczym Alicja po drugiej stronie lustra, trafimy do zupełnie innego świata. Piękne kamieniczki i zadbany ogród zachęcają do chwili odpoczynku od gwarnego centrum.




2. Centraal Station

Dworce kolejowe potrafią być ciekawymi dziełami architektonicznymi (patrz Londyn i Antwerpia) i nie inaczej jest w Amsterdamie. Dworzec zbudowany w 1889 roku w stylu holenderskiego renesansu do złudzenia przypomina gmach Rijksmuseum. A to dlatego, że obie budowle miały tego samego architekta – Petrusa J.H. Cuypersa. Budynek wspiera się na 8657 palach i pod tym względem ilości pali zajmuje drugie miejsce w mieści (o liderze przeczytacie niżej). Mimo swojej urody i majestatu nie budził powszechnego zachwytu – zarzucano mu zbytnią ozdobność, czyli jednym słowem katolickość i nazywano „francuskim klasztorem”. Jeśli, tak jak ja, zaczniecie swoją przygodę z Amsterdamem od przyjechania do miasta pociągiem, czeka Was wiele wizualnych wrażeń. Nie chodzi wyłącznie o samą bryłę dworca, ale także o jego najbliższą okolicę. Wspaniały jest ten moment, gdy wychodzi się na zewnątrz i widać pierwsze kanały i XVII-wieczne kamienice.




3. Plac Dam i Koninklijk Paleis

Plac można uznać za najbardziej centralny punkt miasta, choć ja osobiście ani za nim, ani za jego najbliższą okolicą nie przepadam. Tłoczno, głośno i nieciekawie. Wokół tylko turyści i sklepowe sieciówki. Nazwa placu powstała w XIII wieku, kiedy mieszkańcy zbudowali tamę (dam), mającą zabezpieczać ich domy przed wylewami rzeki Amstel – stąd wzięła się nazwa „Amsterdam". Dam w obecnym kształcie powstał z dwóch oddzielnych placów, na których koncentrowała się działalność handlowa. Dziś to przede wszystkim miejsce parad wojskowych, protestów społecznych lub pochodów królewskich.

Charakterystycznym elementem Placu Dam jest Pałac Królewski (Koninklijk Paleis), który zbudowano w latach 1648-1655 na siedzibę władz miejskich. Ratusz miał odzwierciedlać rosnącą potęgę gospodarczą i polityczne znaczenie miasta. Już zawrotna liczba pali, na jakiej go zbudowano (13 659 – amsterdamski rekord), oddaje wielkość ego budowniczych i zleceniodawców. W 1808 roku decyzją cesarza Napoleona urządzono tu Pałac Królewski, w którym rezydował jego brat Ludwik – nowy król Niderlandów. Okazał się on obrońcą holenderskich interesów, czym rozgniewał Napoleona i w efekcie w 1810 roku musiał uciec z pałacu. Od tego czasu żaden członek holenderskiej rodziny królewskiej tu nie zamieszkał, a rezydencja jest wykorzystywana wyłącznie do celów reprezentacyjnych. Można ją też zwiedzać w wybrane dni roku – sprawdźcie terminy na stronie internetowej pałacu.


 

4. National Monument

Nieopodal Placu Dam znajduje się pomnik z 1956 roku wzniesiony na cześć ofiar II wojny światowej. Co roku 4 maja w Dniu Pamięci Narodowej członkowie rodziny królewskiej oraz dygnitarze wszelkiej maści gromadzą się pod nim, by uczcić pamięć wszystkich ofiar konfliktów zbrojnych. Monument stoi w miejscu, gdzie kiedyś znajdowało się koryto rzeki Amstel, ale ze względów bezpieczeństwa zmieniono jej bieg. 22-metrowa statua kryje w sobie 11 urn z ziemią pochodzącą z cmentarzy w byłych holenderskich prowincjach.


 

5. Magna Plaza

To nie kościół, muzeum, ani dworzec, tylko… centrum handlowe. Pierwotnie mieścił się tu urząd pocztowy i stąd wzięła się kpiąca nazwa dla stylu architektonicznego, w którym budowlę zbudowano – pocztowy gotyk. Ja skupiłam się na oglądaniu tego kupieckiego przybytku jedynie z zewnątrz, bo na wszelkie centra handlowe mam uczulenie.




6. Bloemenmarkt

Targ kwiatowy to najlepsze miejsce do tego, aby kupić rozmaite pamiątki i chyba nie jest możliwe, aby nie znalazły się wśród nich cebulki tulipanów. To Holendrzy sprowadzili je do Europy z tureckiego dworu, a potem pewien botanik z Lejdy odkrył, w jaki sposób można zmieniać kształty i barwy tulipanów. Od tamtej pory uprawa tych kwiatów jest narodową specjalnością Holendrów, a najbardziej fantazyjne odmiany potrafią osiągać horrendalne sumy. Targ kwiatowy był w przeszłości pływającym targowiskiem, a kupcy codziennie przypływali do miasta, lecz teraz stragany są zakotwiczone na stałe. W XVII i XVIII wieku takich targowisk było ponad 20, dziś ostało się to jedno. Jest zawsze pełne ludzi, którzy podziwiają piękne kwiaty i biją się z myślami, które cebulki wybrać, bo wszystkie wyglądają zachęcająco. Ja kupiłam odmianę Rembrandt i jestem ciekawa, czy na wiosnę coś się wykluje. Dam znać ;).




7. Rembrandtplein

Nazwa placu wzięła się od pomnika Rembrandta, który to pomnik był pierwszym takim obiektem w mieście. Wcześniej zwał się Botermarkt, bo handlowano na nim masłem. Oprócz statuy Rembrandta postawiono tu także grupę posągów z brązu przedstawiających postaci z jego obrazu „Straż nocna”. Fantastyczny pomysł i świetne miejsce na ciekawe sesje fotograficzne. Wokół placu mieści się wiele restauracji, kawiarni, klubów, dyskotek i barów oraz miły skwer, w którym urządza się mały pchli targ.




8. Tuschinski Theatre

Tego budynku nie sposób nie zauważyć, idąc ulicą Reguliersbreestraat. Od razu rzuca się w oczy ze względu na swoją oryginalną, bogatą w zdobienia fasadę, zupełnie niepasującą do otoczenia. Został zbudowany w 1921 roku w stylu łączącym art déco, secesję i szkołę amsterdamską na polecenie i zgodnie z projektem pochodzącego z Polski Abrahama Tuschinskiego, który chciał stworzyć eleganckie kino. I trzeba przyznać, że swój cel osiągnął, a kino działa tu po dziś dzień. Szkoda, że w czasie mojej wizyty grali akurat „Spotlight”, który już widziałam, bo w innym przypadku bez mrugnięcia okiem kupiłabym bilet na seans. W oknach zainstalowano witraże, a wnętrza rozświetlają setki żarówek. Jest pięknie i stylowo. Wchodząc do środka, trafiamy do zupełnie innej, wręcz filmowej rzeczywistości. Niestety filmowego happy endu nie było w życiu Abrahama Tuschinskiego, który z całą rodziną zginął w obozie koncentracyjnym po wejściu nazistów do Amsterdamu.





9. Vondelpark

Gdy będziecie już mieć dość tłumów w Rijksmuseum lub w van Gogh Museum, to nieopodal tych doskonałych placówek muzealnych znajduje się park, w którym co prawda nie będziecie sami, bo cieszy się wielką popularnością, ale na pewno odetchniecie od trudów zwiedzania. To świetne miejsce na relaks, chwilę oddechu, a nawet piknik, tym bardziej, że w okolicy znajduje się Lidl (przy Alberdingk Thijmstraat) i dużo droższy Albert Heij (przy Van Baerlestraat, tuż obok Stedelijk Museum).




10. Dawna dzielnica żydowska

Okolice Waterlooplein to obszar dawnych dzielnic żydowskich, dziś trochę senny i pozbawiony historycznej gęstej zabudowy. Znajdziemy tu dość liczne pomniki i miejsca pamięci, często nieoczywiste i dyskretnie wkomponowane w miejską przestrzeń, a także Muzeum Żydów, Synagogę Portugalską czy Muzeum Holokaustu. Pierwsze osoby wyznania mojżeszowego przybyli do Holandii około roku 1600 z Półwyspu Iberyjskiego, uciekając przed terrorem Hiszpańskiej Inkwizycji. Mogli się tu cieszyć klimatem swobody i tolerancji, ale nie mniej istotny był brak gett i nakazu noszenia opasek, jak to miało miejsce w Europie Środkowo-Wschodniej. Słynny filozof Baruch Spinoza, którego pomnik stoi na Waterlooplein, był pierwszym Żydem, który żył poza żydowską społecznością bez konieczności konwertowania się na inną wiarę.

Jednak z czasem religijni uchodźcy stali się grupą coraz bardziej wykluczaną – istniał zakaz zawierania małżeństw z Żydami, a jedną z niewielu otwartych dla nich organizacji była gildia drukarzy. Z biegiem lat drukowanie książek po hebrajsku stało się bardzo opłacalnym biznesem, a Amsterdam przekształcił się w czołowe miasto drukujące hebrajskie dzieła. Na początku XX wieku w stolicy Holandii mieszkało 60 tys. Żydów i stanowili oni najbiedniejszą grupę społeczną. Lepiej powodziło się tylko lekarzom, prawnikom, graczom giełdowym i sprzedawcom diamentów. W czasie nazistowskiej okupacji ¾ ludności żydowskiej zginęło w obozach koncentracyjnych, a reszta opuściła Amsterdam i tylko niewielki odsetek powrócił do rodzinnego miasta po wojnie.


 

Maj, 2016 r.

sobota, 06 sierpnia 2016

Proszę o werble! Uroczyście oświadczam, że dzisiaj mijają cztery lata od momentu pojawienia się pierwszej notki na blogu. Z tego powodu zamierzam świętować przez cały weekend ;). O motywach powstania bloga, pomyśle na niego, ciężkich przeprawach ze słowem pisanym oraz mniejszych i większych radościach związanych z jego istnieniem wspominałam nie raz, dlatego nie będę się już powtarzać. Jednak o jednej kwestii muszę ponownie wspomnieć. Niezmiennie dziękuję Wam, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, że wciąż tu zaglądacie.

A jakie mam plany związane z blogiem? Szykuje się duża rewolucja. Aż sama się boję i naprawdę nie wiem, kiedy na to wszystko znajdę czas i energię. Blog nie będzie wyglądał tak samo, nie będzie go też w tym miejscu. Jedyną stałą rzeczą pozostanie styl notek, które piszę – zawsze z zaangażowaniem i dużą pieczołowitością. Postarałam się także o to, aby ożywić blog o bardziej egzotyczne kierunki moich eskapad, a nie w kółko tylko ta Europa i Europa. W najbliższym czasie czekają mnie dwie naprawdę dalekie podróże, więc materiału pisarskiego będę mieć po kokardę ;)

By dochować tradycji, na koniec czas na specjalne pozdrowienia. Puszczam oczko do Czytelników i Czytelniczek z Suwałk, Hamilton, Jasła, Tirany, Jastrzębia-Zdroju, Birmingham, Gorlic, Reykjaviku i Warszawy. A dla pozostałych – spełnienia podróżniczych marzeń i wspaniałych wakacji. W ramach świętowania zabieram Was wszystkich na wirtualne lody :)



PS. Jeśli ktoś czytał zakładkę „O mnie”, ten wie, że moim wielkim marzeniem była gra na gitarze akustycznej. Uwaga! Gitara została kupiona tydzień temu. Niesamowicie się cieszę, choć do grania na niej jeszcze długa droga ;).



Tagi: jubileusz
11:34, writeandtravel , hydepark
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 lipca 2016

Kraje postkomunistyczne mają swoich oddanych fanów. Ja do nich nie należę. Architektura socrealistyczna mnie nie porywa, tamtejsza mentalność mnie odrzuca, nadrzędność władzy i służb mundurowych mnie oburza, a uliczna szarość i strapione twarze przechodniów mnie przygnębiają. Ale tak się złożyło, że - chcąc nie chcąc - trafiłam do Sofii.

 

A to dlatego, że bilety lotnicze do stolicy Bułgarii były o wiele tańsze niż lot do Istambułu, w którym chciałam rozpocząć moją podróż po Turcji. Stwierdziłam, że odważę się i spędzę w Sofii dwa dni w drodze powrotnej. Ale najpierw czekało mnie sporo wrażeń już po przylocie, łącznie z nocowaniem na lotnisku. Mój samolot był jednym z ostatnich, które przylatywały tej nocy do Sofii. Po godzinie pierwszej, gdy reszta podróżnych została już odebrana przez rodzinę lub znajomych, prócz mnie na hali przylotów zostały jeszcze dwie osoby. Każdy z nas zajął oddzielne siedzisko, by na nim jakoś przetrwać te kilka godzin do czasu, kiedy zaczną kursować już autobusy. Bałam się iść spać, więc zajęłam się czytaniem gazet zabranych z pokładu samolotu. Ale nie dane mi było siedzieć w spokoju…

Jeden za drugim podchodzili do mnie taksówkarze i straszyli, że lotnisko jest zamykane na noc. Gdyby nie moi towarzysze niedoli, którzy już zdążyli ułożyć się wygodnie spać, zaczęłabym się naprawdę niepokoić. A tak zachowałam kamienną twarz i nie odzywałam się ani słowem. Po pół godzinie namolni kierowcy dali mi w końcu spokój, a ja znalazłam się w stanie hibernacji między snem a czuwaniem. Gdy udostępniono halę odlotów, przeniosłam się tam, by zdrzemnąć się choćby przez godzinę. Coraz liczniej pojawiający się pasażerowie zapewniali mi odpowiednią dawkę bezpieczeństwa, choć już nie ciszy, więc o sen w takich warunkach było trudno. W końcu nadeszła upragniona chwila – godzina szósta rano, gdy zaczynały kursować autobusy.


Wybawiciele z opresji

Ale kantory i sklepy na lotnisku wciąż były zamknięte, więc nie mogłam wymienić waluty i kupić biletu. Stwierdziłam, że spotkanie kontrolera w pierwszym porannym kursie jest równie prawdopodobne, co trafienie szóstki w totka, więc pojadę na gapę. No i proszę – trafiłam szóstkę w sofijskim autobusie! Pani kontrolerka dopadła mnie na trzecim przystanku. Nie pozostało mi nic innego, jak mówienie do niej po polsku pewnym i spokojnym głosem, że nie mam biletu i nie rozumiem po bułgarsku. Ale to ją bynajmniej nie zniechęciło, a wręcz rozzłościło i jak katarynka powtarzała w kółko „Proszę bilet, bo inaczej kara”. W pewnym momencie doszło do kolejnego zdarzenia wymykającego się prawom prawdopodobieństwa – jedna z pasażerek, a była nas garsteczka podróżujących, dała mi swój bilet i kazała szybko skasować, co też uczyniłam. Kontrolerka spojrzała na mnie groźnie i odwróciła się na pięcie, wracając do wykonywania swoich obowiązków.

Odetchnęłam z ulgą. Kara za jazdę na gapę byłaby wyjątkowo niemiłym początkiem podróży. Moja wybawicielka jechała podobnie jak ja na dworzec i na dodatek znała angielski. Gdy dotarłyśmy na miejsce, kolejna zgraja taksówkarzy zaczęła mnie gnębić. Okolica dworca była wyjątkowo nieprzyjazna o tak wczesnej porze i naprawdę cieszyłam się, że mam kogoś u swojego boku. Nie będę ukrywać, że po takich przeżyciach Sofia nie kojarzyła się mi zbyt dobrze i miałam coraz mniejszą ochotę na zatrzymanie się w niej w drodze powrotnej. Ale postanowiłam się nie zrażać i dotrzymać wcześniej ustalonego planu podróży. Kupiłam bilet na autobus do Istambułu i odliczałam godziny do jego odjazdu. W końcu wybiła godzina zero, a  moja radość nie miała końca.

Okazało się, że autobus świeci pustkami, bo pasażerów jest tylko dziesięciu. Rozsiadłam się wygodnie, a po kilkunastu minutach dostałam od stewarda zestaw przetrwania – wodę i coś słodkiego. Po kolejnych kilkunastu minutach podszedł do mnie jakiś starszy facet i zapytał, czy może usiąść obok. Cały autobus wolny, ale on chce siedzieć akurat koło mnie. Cóż zrobić – położyłam z odpowiednio niechętną miną plecak na kolana i zrobiłam mu miejsce. No i zaczęło się – zagadywanie po bułgarsku, jakieś gadki szmatki, jaka to ja ładna i inne takie. Na szczęście steward okazał się dość ogarnięty i widząc mój dyskomfort, kazał przesiąść się natrętowi.

Podróż trwała około 10 godzin, ale ze względu na zmęczenie większość drogi przespałam. Co jakiś czas otwierałam oczy, by obejrzeć zmieniający się krajobraz i poprawiającą się pogodę. Sofia przywitała mnie jesienną aurą – niską temperaturą i deszczem, choć był to dopiero wrzesień. Natomiast gdy dojechaliśmy do granicy z Turcją, świeciło już słońce, a powietrze było przyjemnie ciepłe. Tureccy celnicy, wbijając mi wizę, powitali mnie swojskim „dzień dobry” i życzyli miłego pobytu.

 

Nieudany powrót

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy i musiałam wrócić do Bułgarii na lot powrotny. Sofia ponownie przywitała mnie deszczem, co było szczególnie deprymujące po tym, jak solidnie wygrzałam się w Turcji. Ale nie ma rady – trzeba iść w miasto, by trochę pozwiedzać. Wzięłam z mojego hostelu mapę, założyłam chustę, czapkę i rękawiczki, bo aż tak było zimno i wyszłam na deszcz. Wróciłam po godzinie cała przemoknięta. W pierwszej chwili stwierdziłam, że daję sobie spokój, nigdzie już nie wychodzę i Sofia nic mnie nie obchodzi. Po dwóch godzinach deszcz przestał padać i dałam miastu drugą szansę. Stolica Bułgarii w mokrej i szarej odsłonie nie prezentowała się zachęcająco. Mijałam kolejne ulice, place i wielkie budynki i jakoś nie potrafiłam znaleźć tu nic ciekawego…

Jedynym godnym uwagi elementem była bliskość lotniska, przez co samoloty przelatywały naprawdę nisko. Oprócz tego nic mnie nie zachwycało ani nie zadziwiało. Dlatego wybaczcie wszyscy fani Sofii i Bułgarii, ale ten wpis nie będzie podkreślał walorów tego miasta i kraju. Nawet nie mam ładnych zdjęć do pokazania. Pewnie powinnam ponownie tam wrócić, aby porzucić moje uprzedzenia i wymazać złe wspomnienia, ale nie mam ochoty.

 PA042663

PA042689

PA042695

PA042679

PA042685

PA042667

PA042733

PA042721

PA042700

PA042699

PA042724

PA042717

PA042697

Wrzesień, 2010 r.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49
Zakładki:
Zakładka
stat4u

Kontakt e-mail
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...