środa, 21 września 2016

Obiecałam napisać niejeden wpis o stolicy Czech, bowiem zasługuje ona na cały wór chwalebnych opisów, a dla mnie i zapewne nie tylko dla mnie jest jednym z najpiękniejszych europejskich miast. Mam w nosie fakt, że w czasie drugiej wojny światowej Praga poddała się bez walki i dlatego zachowała w nienaruszonym stanie swoje secesyjne architektoniczne cudowności. Nie zamierzam jej z tego powodu piętnować, a wręcz przeciwnie – cieszę się, bo niewiele jest takich miejsc, w których można poczuć klimat fin de siècle.


W poprzednich wpisach poświęconych stolicy Czech rekomendowałam po niej nocny spacer, opisywałam alternatywną dzielnicę Žižkov, zgłębiałam tutejsze przejawy secesji oraz tropiłam szalone i wywrotowe przykłady sztuki ulicznej. Tym razem skupię się na miejscach wybitnie turystycznych (bo jak pisać o Pradze, nie umieszczając choćby jednego zdjęcia Mostu Karola?), ale nie zabraknie też tych bardziej niszowych, ukazujących jej spokojne i nietuzinkowe oblicze. Jednego możecie być pewni – nieważne, co Wam dzisiaj pokażę i gdzie Was zabiorę, będzie ciekawie i malowniczo.

 

1. Zamek Praski na Hradczanach

To chyba najbardziej znany i najciekawszy zabytek Pragi. Trzeba przyznać, że w pełni zasługuje na palmę pierwszeństwa, także ze względu na swoje nieprzeciętne usytuowanie. Prowadzi do niego równie słynny Most Karola, a następnie trzeba się odrobinę wysilić i wspiąć na górę, ale nasz trud będzie wynagrodzony fantastycznymi widokami. Do zamku wchodzi się przez rokokową bramę z rzeźbami gigantów – przy sprzyjającej fortunie traficie akurat na zmianę warty. Muszę przyznać, że kompleks zamkowy największe wrażenie robi z oddali, obserwowany z drugiego brzegu Wełtawy, bo jak już jesteśmy na miejscu, to rozmywa się na liczne dziedzińce, bramy, kaplice, klasztory i inne zabudowania. Zostaje absolutnie przyćmiony przez katedrę św. Wita, o której już wcześniej pisałam. Niemniej wzgórze zamkowe to obowiązkowy punkt w czasie wizyty w Pradze.  



2. Most Karola

Kiedyś usłyszałam, że nie ma takiej pory roku i dnia, żeby ów most był pusty. Otóż nie jest to prawdą, bo całkiem luźny potrafi być o świcie i we wczesnych godzinach porannych. A jak spowija go dodatkowo mgła, to jest to scena niczym wyjęta z XIX-wiecznej powieści. Owszem, jest nieznośnie zatłoczony, ale tego wyjątkowego klimatu nic mu nie odbierze. Dodatkowo jest to jedyny tego typu średniowieczny most kamienny w Europie Środkowowschodniej. Nie zmyła go wielka powódź w 2002 roku, nie zadeptali i nie zawalili turyści, więc miejmy nadzieję, że przetrwa kolejne 500 lat. Należy podkreślić fakt, że most jest także galerią rzeźby na świeżym powietrzu. Warto zatrzymać się przy każdej z 31 prac, które stawiano na nim od XVII wieku, bo naprawdę są godne uwagi. Z Mostem Karola łączy się postać św. Jana Nepomucena, orędownika w czasie powodzi, który według legendy miał zostać z niego zrzucony i utopić się w odmętach Wełtawy.   



3. Tańczący dom

Ten charakterystyczny szklany wieżowiec, znany też jako Ginger i Fred od imion pary amerykańskich tancerzy i gwiazd kinowych, został nawet umieszczony na specjalnej złotej monecie o nominale 2000 czeskich koron. Fredem jest budynek z błyszczącą siatką na szczycie, imitującą kopułę, do którego tuli się wygięta i szklana Ginger. Tańczący dom nie znajduje się na typowym turystycznym szlaku, lecz w dość gwarnym centrum miasta, gdzie turyści mogą co najwyżej trafić przez przypadek. Wzniesiony w 1997 roku jest przykładem dekonstruktywizmu w architekturze. Polega on na tym, że bryły budynków są łączone ze sobą w niestandardowy sposób, dodatkowo odrzuca się kąty proste i wszelkie regularności, w efekcie czego otrzymujemy tak niecodzienne kompozycje.

 



4. Mala Strana

Praga ma swoją małą (naprawdę małą) Wenecję, ale za to bardzo urokliwą i niemal pozbawioną turystów, mimo położenia obok zamku na Hradczanach. Koniecznie przeznaczcie trochę czasu, aby przespacerować się labiryntem tutejszych uliczek i zgłębić niebanalne zakątki. Mała Strana to dawna osada powstała u stóp zamku, którą często trapiły pożary. Jej sercem jest rynek z górującą nad nim monumentalną bryłą kościoła św. Marcina, w którym pod koniec życia koncertował Mozart.  

 

 

5. Wzgórze Petřin

Jeśli będziecie w Pradze, na pewno rzuci się Wam w oczy (szczególnie nocą, gdy jest podświetlona) stojąca na jakimś wzniesieniu jak gdyby mała wersja wieży Eiffla. Nic Wam się nie przywidziało, ona naprawdę się tam znajduje. Postawiono ją z okazji Jubileuszowej Wystawy Praskiej, kopiując paryski patent na upamiętnienie tego typu targów. Wzgórze Petřin to jedno z najbardziej malowniczych i spokojnych miejsc w Pradze. Dojedziecie na nie kolejką, ale umówmy się – to opcja dla mięczaków. Zdecydowanie rekomenduję, aby udać się tam pieszo po odwiedzeniu Zamku Praskiego, wszak to rzut beretem. Dopełenieniem przyjemnego spaceru w otoczeniu łąk i lasów będzie wspaniała panorama Pragi w czasie wędrówki.

 

6. Rynek Starego Miasta

Tłumy na Moście Karola są niczym w porównaniu z tym, co można zastać na praskiej Starówce. Dodatkowo prowadzące doń uliczki są wąskie, więc nietrudno o… korek! Nie jestem fanką tego typu turystycznych spędów, choć samo Stare Miasto jest ładne, aczkolwiek pozbawione klimatu. Zdecydowanie wolę to warszawskie, bo zawsze można uciec w jakiś cichy zakątek lub uliczkę, gdzie nie spotka się nikogo. Na uwagę zasługuje Ratusz z zegarem Orloj, który ma ruchome figurki. Co godzinę od 8 do 20 w górnych oknach zegara pojawiają się postaci 12 apostołów, którym poniżej grożą kostucha z klepsydrą, Żyd z mieszkiem srebrników, poganin Turek (he he, cóż za niepoprawność polityczna) i Próżność z lustrem w dłoni. Możecie się domyślić, jakie tłumy przyciąga ten zegarowy spektakl. Piękne są też przyrynkowe świątynie – wciśnięty pomiędzy kamienice  kościół Marii Panny przed Tynem z dwiema charakterystycznymi wieżami i barokowy św. Jakuba. Poza tym Rynek otaczają wspaniałe kamienice, ale zdecydowanie wolę podziwiać praską architekturę w bardziej spokojnych miejscach.



7. Dzielnica żydowska

Właśnie takim spokojniejszym miejscem jest Josefov – dawna dzielnica żydowska. Widok tutejszych XIX-wiecznych kamienic, żydowskich synagog oraz innych miejsc kultu religijnego sprawia, że aż ciarki przechodzą mi po plecach na myśl, że tak mogłaby dziś wyglądać Warszawa, gdyby nie II wojna światowa. Klimat burżuazji i wielokulturowości. Niby ścisłe centrum miasta, ale cicho i nie tłoczno, bo turystów wchłonął staromiejski Rynek. Nazwa Josefov wzięła się od imienia cesarza Józefa II, za rządów którego Żydzi otrzymali prawa obywatelskie w 1848 roku, choć do Czech przybyli już w X wieku. Dawniej mieściło się tu getto z ciasnymi i brudnymi uliczkami, ale na przełomie XIX i XX wieku doszło w Pradze do wielkich zmian urbanistycznych, czego efekt w postaci szerokich i eleganckich arterii oglądamy dzisiaj. Hitler nie zamierzał zrównywać z ziemią tej części Pragi, lecz postanowił urządzić tu specyficzny skansen, pokazujący, jak kiedyś żyli Żydzi.  

 

8. Śladem Mozarta

Choć Mozart kojarzy się głównie z Wiedniem, to Pragę darzył szczególnym uczuciem. Uwielbiał to miasto i jego mieszkańców, a oni odwzajemniali to uczucie. XVIII-wieczne gazety pisały, że nigdzie indziej jego muzyka nie spotyka się z większym zrozumieniem. Kompozytor w pierwszą podróż do stolicy Czech wybrał się w związku z wiadomościami o gorącym przyjęciu przez prażan opery „Wesele Figara”. W Wiedniu w wyniku intryg przeciwników Mozarta została ona odebrana bez entuzjazmu. Po raz drugi wrócił do Pragi ze swoim nowym dziełem – „Don Giovanim”, który miał światową premierę w Teatrze Stanowym w 1787 roku. We wnętrzach budynku kręcono później zdjęcia do filmowego arcydzieła (tak, arcydzieła!) „Amadeusz” w reżyserii Miloša Formana. Swoją piątą i ostatnią wizytę w Pradze złożył już jako ciężko chory człowiek, zaledwie trzy miesiące przed śmiercią. W mieście trafimy na kilka śladów obecności kompozytora – prócz wspomnianego wyżej teatru i kościoła św. Marcina na Malej Stranie, także dom Pod Trzema Złotymi Lwami przy ulicy Uhelný, gdzie przez pewien czas mieszkał i na którym znajdziemy płaskorzeźbę z jego podobizną.




Grudzień, 2015 r.

Tagi: Czechy Praga
23:17, writeandtravel
Link Komentarze (2) »
niedziela, 11 września 2016

 – „Ależ tam są skarby. Niemal wszystko, o czym wcześniej uczyliśmy się w szkole i oglądaliśmy w książkach” – piał z zachwytu mój kolega, którego kiedyś zapytałam o wrażenia z wizyty w Muzeach Watykańskich. Po czym dodał już trochę ciszej: ­– „No, niezły majątek nagromadzili sobie przez wieki kolejni papieże”.

 

Szacuje się, że sprzedaż wszystkich eksponatów z Muzeów Watykańskich przyniosłaby tyle zysku, że zmagające się z kłopotami finansowymi najmniejsze państwo świata nie tylko mogłoby wyjść na prostą, ale też bez problemu funkcjonowałoby przez wiele dziesięcioleci. Jednak jego władze nie chcą słyszeć o wyprzedaży choćby pojedynczych eksponatów, stojąc na stanowisku, że są one bezcenne i należą do wszystkich ludzi, dlatego należy je im udostępniać. Co prawda nie zawsze za darmo (bilet normalny 16 €, ulgowy 8 €, ostatnia niedziela miesiąca wstęp wolny), ale to i tak wielkie szczęście, że można je oglądać. Trzeba powiedzieć wprost – wizyta w Rzymie bez zwiedzania Muzeów Watykańskich jest wizytą niepełną.

Co sprawia, że są tak wyjątkowe? Po pierwsze, nie jest to pojedyncze muzeum, a cały kompleks z galeriami, muzeami, bibliotekami, kaplicami, rozległymi korytarzami, dziedzińcami i ogrodami, w którym znajdziemy dzieła reprezentujące niemal wszystkie epoki – od sztuki egipskiej po sztukę współczesną. Aby zobaczyć to wszystko, trzeba przejść niemal 8 kilometrów. Po drugie, na świecie jest mnóstwo muzeów, które mogą dorównywać wspaniałością tutejszym eksponatom, ale tylko Muzea Watykańskie posiadają taką historię i tradycję, stanowiąc owoc wielowiekowego budowania i poszerzania kolekcji. Jest to także miejsce, w którym konkurowali ze sobą najwięksi ówcześni artyści. Zlecenie od samego papieża było w tamtych czasach najbardziej nobilitującą i zaszczytną pracą, więc każdy malarz i rzeźbiarz marzył o zostawieniu swojego śladu w Watykanie.

 

Sale Rafaela

W innych światowych muzeach znajdziemy pojedyncze obrazy Michała Anioła czy Rafaela, ale tylko tu mamy całe obiekty zdobione przez dwójkę tych genialnych artystów – mowa o Salach Rafaela i Kaplicy Sykstyńskiej. Te pierwsze powstały na zlecenie papieża Juliusza II, który w 1503 roku poprosił o udekorowanie swoich czterech apartamentów 26-letniego artystę. Pierwsza sala to Stanza della Signatura (Sala podpisu), gdzie papież podpisywał swoje dokumenty i gdzie zbierał się trybunał. Na czterech głównych malowidłach znajdują się zarówno religijne postacie, jak i te współczesne Rafaelowi, co stwarzało pole do wielu interpretacji. Jeden z fresków przedstawia Szkołę Ateńską, czyli wizerunek najsłynniejszych mędrców i filozofów starożytności, który był pochwałą myśli i nauki.

Kolejna sala to Stanza d’Eliodoro (Sala Heliodora), w której znajdują się malowidła obrazujące opatrzność boską występującą w obronie wiary. W Stanza dell’Incendio del Borgo (Sala Pożaru w Borgo) większość obrazów przedstawia poprzednich papieży o imieniu Leon, ale bardziej od tematyki istotniejsza jest zmiana stylu Rafaela – barwy są bardziej wyraziste, a postacie silniej zaznaczone, na co mogła wpłynąć obecność Michała Anioła, który w tym czasie tworzył freski w Kaplicy Sykstyńskiej. W ostatniej sali – Sala di Constantino (Sala Konstantyna), poświęconej cesarzowi Konstantynowi, który w 313 roku wydał dekret o wolności wyznania chrześcijańskiego, nic nie zostało namalowane pędzlem Rafaela. Znajduje się w niej jedynie obraz wykonany według jego rysunku, bowiem artysta zmarł w 1520 roku i nie zdołał dokończyć swojego dzieła. Jak łatwo policzyć, poświęcił 17 lat życia na wykonanie papieskiego zlecenia.

 

Kaplica Sykstyńska

Największym skarbem Muzeów Watykańskich jest bez wątpienia Kaplica Sykstyńska. Warto już na samym początku podkreślić jej charakter – kaplica, czyli miejsce religijne, przeznaczone na refleksję i modlitwę. Stąd ogrom tabliczek, widocznych już przy kierunkowskazach doń prowadzących, że prosi się o ciszę i zakazuje robienia zdjęć. A jak to przekłada się na rzeczywistość? Mimo że kaplica robi niesamowite wrażenie, to turyści niestety psują cały jej klimat. Ochrona co chwilę prosi kogoś o schowanie aparatu, szeptom, a nawet głośnym rozmowom nie ma końca. Naprawdę wielka szkoda, że tak to wygląda. Ale władze muzeum starają się, jak mogą, aby podtrzymać wzniosły klimat, stąd muzyka sakralna rozbrzmiewająca w jej wnętrzu.

Kaplica Sykstyńska to dzieło nie tylko Michała Anioła, bowiem na bocznych ścianach znajdują się freski innych cenionych artystów tamtych czasów: Botticellego, Perugina, Cosima Rosseliego, Pinturicchia i Luca Signorelli. Do 1508 roku sklepienie kaplicy było puste, aż papież Juliusz II zaangażował do prac nad nim Michała Anioła, dzięki czemu powstało jedno z najsłynniejszych dzieł świata. Artysta tworzył je przez cztery lata – biorąc pod uwagę rozmach i niezwykłą detaliczność jego fresków to niespodziewanie krótko. Co więcej, tworzył w bardzo trudnych warunkach – w chłodzie lub w upale, malując w niewygodnej pozycji, gdyż leżał na rusztowaniu.  

Jednak freski na sklepieniu kaplicy to tylko połowa dzieła Michała Anioła. Jest on również autorem imponującego Sądu Ostatecznego, do malowania którego przystąpił po 22 latach od ukończenia pierwszego zlecenia. Przez ten czas Rzym bardzo się zmienił – miasto przeżyło najazd wojsk Karola V, a sam artysta był rozgoryczony przebiegiem prac nad grobowcem swojego mecenasa – wspomnianego papieża Juliusza II. Stąd jego wizja Sądu Ostatecznego jest mroczna, odważna i do tej pory niespotykana – zamiast przebaczenia i odkupienia mamy gniew boży, a Chrystus jest przedstawiony jako surowy sędzia. Potępieni grzesznicy spadają do piekła z wyrazem przerażenia na twarzach. Ci, którzy wznoszą się do nieba, nie wyglądają na przepełnionych szczęściem, a raczej oddychają z ulgą, że nie spotkał ich tak okrutny los. Dzieło porywa i fascynuje. Szkoda tylko, że jesteśmy zmuszeni oglądać je w tak niesprzyjających warunkach.

 

1. Wewnątrz nie wiadomo, na co patrzeć – czy na dzieła, czy na wystrój sal i korytarzy, bo zachwyca wszystko.

PC212066

PC212070

PC212075

PC212080


2. Warto też zwracać uwagę na to, co mamy pod nogami, aby nie przegapić przepięknych historycznych posadzek.



3. Kolekcja antycznych rzeźb jest przeogromna. Jednak należy do Kościoła, więc męskie genitalia zostały usunięte, a na ich miejscu pojawiły się liście figowe. Wszystko zaczęło się w połowie XVI wieku, kiedy papież Paweł IV ugiął się pod postulatami ruchu reformatorskiego, który podkreślał grzeszność ciała i zarzucał moralne zepsucie Starożytnemu Rzymowi. Z czasem część usuniętych penisów wróciła na miejsce, ale większość z nich zaginęła na przestrzeni wieków lub dalej spoczywa w przepastnych watykańskich magazynach i nikomu nie spieszy się do tego, aby umieścić je tam, gdzie być powinny.



4. Moja ulubiona rzeźba wystawiana w Muzeach Watykańskich – Grupa Laookona z I wieku p.n.e. Pamiętam, jak na klasówce z wiedzy o kulturze musiałam opisać jej cechy i tematykę. Przedstawia ona kapłana trojańskiego z synami, którzy zostali zaatakowani przez morskie węże i jest kanonicznym przykładem rzeźby hellenistycznej. Bardzo lubię jej dynamizm i realizm.


 

5. W Muzeach Watykańskich jest też polski akcent – Sala Sobieski z obrazem „Jan Sobieski pod Wiedniem” pędzla Jana Matejki

 

6. Sale Rafaela we fragmentach

PC211989

PC212007

PC212052

PC212025

PC212035

 

7. Fragment fresku „Szkoła Ateńska” znajdował się na okładce mojej książki do nauki historii filozofii starożytnej. Zobaczenie go w oryginale było dużym przeżyciem.  

 

8. W muzealnym sklepiku można kupić popiersia stylizowane na te antyczne w cenie poniżej 200 €.

 

9. Muzea Watykańskie mają także ciekawą kolekcję sztuki egipskiej.

 

10. Kręcone schody projektu Giuseppe Momo to fantastyczne zakończenie wizyty w Muzeach Watykańskich 


 

Jak będziecie w Rzymie, polecam też wizytę w Galeria Borghese.

 

piątek, 02 września 2016

Założę się, że część z Was też ma taką historię w życiorysie. Pewnego ciepłego i słonecznego dnia, jako kilkuletnie dziecko, postanowiliście wyruszyć na podbój świata. Spakowaliście niezbędne rzeczy (łakocie, coś do picia, może nawet latarkę) do swojego plecaka z misiem i wyszliście z domu, nie mówiąc o tym nikomu i nie wiedząc, gdzie Was nogi poniosą. Niektórzy mogli mieć towarzysza wyprawy – tak było w moim przypadku. I choć zdążyliście przejść zaledwie dwie, trzy ulice dalej zanim roztrzęsieni i rozhisteryzowani rodzice Was w końcu odnaleźli, to była to wycieczka życia.

 

Często wracałam z sentymentem do tej dziecięcej wyprawy i za każdym razem nieco zaskakiwał mnie fakt, że taki prosty spacer po najbliższej okolicy, co prawda bez nadzoru dorosłych, więc wprowadzający namiastkę wolności, mógł mi sprawić tyle frajdy. Moja ówczesna dziecięca fantazja, głód odkrywania, odrzucenie jakichkolwiek barier i umiejętność cieszenia się nawet drobnymi rzeczami to coś do pozazdroszczenia. Uznałam, że takie wyprawy po własnym mieście można przecież organizować także w dorosłym życiu. Pretekstem do tego był fakt, że w tym roku jadę na wakacje dopiero w listopadzie, więc sezon urlopowy spędzam w mieście. Jestem o tyle uprzywilejowane, że Warszawa oferuje mnóstwo wakacyjnych atrakcji – od spacerów miejskich, poprzez koncerty i festiwale, zajęcia sportowe, filmowe seanse pod chmurką po targi śniadaniowe i zloty foodtracków. Czasami wręcz żal gdzieś wyjeżdżać, bo tyle się dzieje.

Pewnie pukacie się w głowę i zastanawiacie się, kto by chciał spędzać lato w mieście, skoro Polska, Europa i świat mają tyle ciekawych miejsc do zaoferowania. No dobrze, ale nie każdy może sobie pozwolić na zagraniczny urlop lub urlop w ogóle. Ja proponuję Wam wakacje bez wakacji, czyli zwiedzanie Waszego miasta, miasteczka lub wsi z jej najbliższą okolicą i zaręczam Wam, że może to być bardzo ciekawe i inspirujące doświadczenie. Przyznajcie sami przed sobą – czy znacie każdy zakątek Waszego miejsca zamieszkania, każdą dzielnicę, czy byliście już wszędzie? A czy odwiedziliście każdą galerię lub muzeum, każdą kawiarnię, knajpę lub restaurację? Myślicie – nie stać mnie, to za daleko, mam już swoje ulubione i sprawdzone lokale, a po co? Wakacje żądzą się swoimi prawami i to najlepszy czas, aby pożyć inaczej niż przez resztę roku.

Warunki są sprzyjające: macie więcej czasu – w pracy jakoś mniej zadań, a jak się uczycie, to nie macie żadnych zajęć; jest piękna pogoda i szkoda siedzieć w domu; dłużej jest widno, a noce są fantastycznie ciepłe, co zachęca do późnych powrotów i wyciągania z dnia tyle, ile się tylko da. No a pieniądze? Przecież są wakacje i Wy też jesteście na wakacjach, nawet jeśli zostajecie w domu, więc pozwalajcie sobie na wszystko, co tylko chcecie. Kolejna taka okazja dopiero za rok! Ja tylko w okresie wakacyjnym jem lody i wydaję na nie fortunę, bo jestem miłośniczką tych kulkowych (porcja 3-5 zł). W te wakacje postanowiłam znaleźć moją ulubioną lodziarnię w Warszawie i odwiedziłam większość z tych najbardziej znanych i popularnych. Przy okazji zwiedziłam też spory kawałek miasta.

Chodzę też do miejsc, w których nigdy nie byłam, bo były za drogie lub za daleko i zamawiam w nich coś, czego jeszcze nigdy nie jadłam/piłam lub czego w innych okolicznościach nigdy bym nie zamówiła. Można? Można, przecież są wakacje! Jeśli to wciąż nie dla Was, bo pochodzicie z całego miasteczka lub mieszkacie na wsi, to świetną sprawą, która sprawdzi się także w mieście, jest urządzenie pikniku. Koc rozłożony na trawie, koszyk wypełniony sezonowymi owocami, cisza przerywana śpiewem ptaków, błękit nieba nad głową i możliwość nicnierobienia uszczęśliwią każdego.

Innym, niskokosztowym sposobem na spędzanie wakacji bez wakacji jest zwiedzanie i poznawanie swojego lub sąsiedniego miasta. W dużych i turystycznych miejscach organizowane są bezpłatne miejskie spacery o różnorakiej tematyce, często dość egzotycznej. Jestem ich regularną uczestniczką, zawsze uzbrojoną w notatnik, ale lubię też sama odkrywać miasto. Zamiast iść swoją tradycyjną lub dobrze znaną trasą, zbaczam gdzieś i wchodzę w uliczkę, którą nigdy nie szłam, gdzie czekają na mnie budynki, których nigdy wcześniej nie widziałam. Jeśli są na ścianach jakieś tabliczki informacyjne, zawsze się przy nich zatrzymuję i je czytam. Spaceruję niespiesznie, zadzierając głowę wysoko do góry i próbując dojrzeć wszystkie detale architektoniczne mijanych budowli. Oglądam je z każdej strony, bo to potrafi kompletnie zmienić perspektywę. Nierzadko też na moich dobrze znanych trasach natykam się na coś, co wcześniej uchodziło mojej uwadze. W codziennym pędzie, monotonii i obojętności po prostu ich nie zauważałam, a teraz cieszę się na ich widok jak mały odkrywca.

 

Wakacje się co prawda już skończyły, ale wciąż zostają weekendy. Dlatego korzystajcie z ostatnich słonecznych i ciepłych dni i obudźcie w sobie dziecięcego podróżnika, który potrafi zachwycać się małymi rzeczami i nie musi wyjeżdżać na drugi koniec świata. Bo wakacje to stan umysłu.


A dla wszystkich Czytelniczek i Czytelników z Warszawy przygotowałam kilka kadrów z ich miasta. Ciekawe, jak dobrze je znacie i czy zgadniecie, gdzie zostały zrobione te zdjęcia (odpowiedzi pod spodem).




 

1. Osiedle dla urzędników kolejowych na Czystem, 2. Podwórko na Starym Mieście przy Barbakanie, 3. Ulica Czarnieckiego na Żoliborzu, 4. Ulica Chłodna na Mirowie, 5. Mural za Fabryką Wedla na Kamionku, 6. Mural przy ulicy Grochowskiej na Kamionku, 7 i 8. Kamienice przy ulicy Waliców na Mirowie, 9. Kamienica przy ulicy Łochowskiej na Szmulowiźnie, 10. Park Morskie Oko na Mokotowie

 

20:11, writeandtravel , hydepark
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 sierpnia 2016

Nie będzie w tym zbytniej przesady, jeśli nazwę system transportu w Albanii prawdziwym fenomenem. Dotychczas nigdzie nie spotkałam się z tak skomplikowanym, nieuporządkowanym i pozbawionym ram czasowo-przestrzennych (bo nie wiadomo nie tylko, o której coś odjeżdża, ale też skąd) rozwiązaniem transportowym. Dlatego wszystkie osoby, które w tym chaosie się odnalazły i dotarły zgodnie z planem nie raz, a kilka razy z punktu A do punktu B, powinny dostać odznakę rasowego podróżnika.

 

Zacznijmy od pociągów, bo te mają przynajmniej stałe dworce, które łatwo zlokalizować. Albańska kolej to dość młoda instytucja (tworzona od 1946 roku), co nie znaczy, że dzięki temu jest nowoczesna, rozbudowana i z nowym, klimatyzowanym taborem. Podróż odbywa się w starych, zniszczonych włoskich pociągach (aczkolwiek bardzo klimatycznych!), a do wyboru jest tylko kilka tras łączących największe miasta: Shkodёr, Tirana, Durrёs, Pequin, Pogradec i Vlorё. Dodatkowo wszystkie trasy są jednotorowe i maksymalna prędkość przejazdu wynosi 30-50 km/h z wyjątkiem trasy Durrёs-Tirana – tu można sunąć aż 70 km/h. Tak więc wszyscy, którzy lubują się w oglądaniu widoków zaokiennych, będą mieli na to duuużo czasu i nie przegapią żadnego szczegółu krajobrazu.


Pociąg przyspieszony

Ja zdecydowałam się na podróż na trasie Shkodёr-Tirana, mimo że zabiera ona więcej czasu niż przejazd busikiem. Ale tyle się naczytałam o albańskiej kolei, że nie mogłam odmówić sobie takiej przejażdżki. Sprawdziłam wcześniej rozkład jazdy, który okazał się dość skąpy – mój pociąg był o 6.30, a potem długo, długo nic. Zapamiętajcie – 6 rano, ewentualnie 6.30 to strategiczne godziny odjazdów wszystkich środków transportu w Albanii. Jeśli chcecie gdzieś pojechać, na pewno o tej porze będziecie mieć transport, tylko w przypadku autokarów i busików trzeba jeszcze wiedzieć, skąd odjeżdżają. Aby mieć pewność, że z rana nie będę mieć kłopotów z odnalezieniem dworca i aby przekonać się, jak daleko znajduje się on od mojego hotelu, dzień wcześniej poszłam go odszukać. Udało się, bułka z masłem. Można jechać.

Wstałam bladym świtem i mimo potwornego niewyspania żwawo ruszyłam na dworzec. Kupiłam uroczy, oldschoolowy bilet – z tyłu kasjerka wlepiła pieczątkę z datą i miejscem odjazdu oraz ręcznie napisała stację docelową – i nieśpiesznie udałam się do pociągu, by zająć miejsce. Podróżnych nie było zbyt wielu i miałam cały przedział dla siebie. Spoglądam na zegarek – jest 6.15. Jeszcze kwadrans do odjazdu, myślę sobie i wygodnie się rozsiadam. Po minucie pociąg rusza. Tak po prostu, wbrew rozkładowi. Co prawda w Albanii nie ma pociągów pośpiesznych, ale za to możemy trafić na przyspieszone.

W tym momencie odetchnęłam z ulgą, bo gdybym postanowiła sobie pochodzić po dworcu (choć właściwie nie ma czego tu oglądać), to spóźniłabym się na odjazd, a następny pociąg miałabym za kilka godzin… Na kolejnych stacjach dosiadali się kolejni pasażerowie, a mój przedział wypełniał się kolejnymi pasażerkami i ich gwarnymi rozmowami (jako że to jest kraj muzułmański, choć w teorii laicki, mężczyźni nie siadają z kobietami). W końcu dotoczyliśmy się na dworzec w Tiranie, który przedstawiał dość skromny widok. Ale do tego trzeba się w Albanii przyzwyczaić.

             

 

Przystanki widmo i inne przygody

A jak się ma sprawa z autokarami (kursują na dłuższych trasach) i busikami? Tu dopiero jest zabawa, choć podróżnym rzadko jest do śmiechu. Z busikami jest niby prosto, bo wystarczy na nie machnąć gdziekolwiek, a zatrzymają się i nas zabiorą, jeśli mają wolne miejsca. Tylko że mało kto łapie je już na trasie i raczej chce do nich wsiąść na samym początku podróży. Jednak problem polega na tym, że nie zawsze wiadomo, skąd ruszają i uwierzcie mi, że nawet sami Albańczycy mają z tym kłopot. Niejednokrotnie próbowali mi pomóc w namierzeniu przystanku i sami czuli się zagubieni, chodząc ze mną raz w jedno, raz w inne miejsce i dopytując wszystkich wokół. W końcu poddawali się i mówili, że najlepiej stanąć już przy drodze, na trasie busa. Cena przejazdu w czasie mojej wizyty w Albanii była stała i wynosiła 100 leków bez względu na to, czy jedzie się 5 minut, czy godzinę.

Z autokarami sprawa jest nie mniej skomplikowana, bo nie ma czegoś takiego jak dworce autobusowe. Miejsce odjazdu jest uzależnione od kierunku, w który jedziemy. Na przykład w Tiranie autokary jadące na południe ruszają z innej części miasta niż te jadące na północ.  Ale nie myślcie sobie, że jak już namierzycie odpowiednie miejsce odjazdu, to znajdziecie tam prowizoryczny postój czy chociażby pętlę. To byłby luksus. Autokary są porozrzucane po różnych ulicach i uliczkach wokół miejsca odjazdu, więc do każdego trzeba podejść i obejrzeć tabliczkę z destynacją, aż w końcu się trafi na swój. Ewentualnie jakiś życzliwiec wskaże Wam odpowiedni pojazd, gdy Wy już z obłędem w oczach będziecie bezskutecznie krążyć od jednego do drugiego.

Autokary nie są okazami nowości, ale jest w nich przynajmniej czysto, a kierowcy często umilają przejazd puszczaniem miłej dla ucha muzyki. Zdarzają się naprawdę wysłużone modele i miałam okazję jechać takim w trakcie mojej najbardziej ekstremalnej podróży na trasie Gjiroakstёr-Korçё. Mało brakowało, a w ogóle by do niej nie doszło, bo autokar o godzinie 7 rano przyjechał już wypełniony, zabierając zmianę wakacyjnego turnusu z pobliskiej Sarandё. Przy wejściu do środka rozgrywały się dantejskie sceny, a kierowca, cały czerwony na twarzy, niestrudzenie wzbraniał się przed zabraniem kolejnych podróżujących, krzycząc i podnosząc ręce do góry. Bo gdzie ich pomieścić, kiedy wszystkie miejsca są już zajęte i zostały tylko te na podłodze?

Ale ostatecznie uległ, bo inaczej zawiedzeni pasażerowie i tak nie daliby mu odjechać. Przecież następny kurs byłby dopiero za kilka godzin… I dla mnie znalazł się kawałek wolnej przestrzeni, czyli miejsce na tylnych schodkach autobusu, bez możliwości wyprostowania nóg i z koniecznością siedzenia w pozycji embrionalnej przez siedem godzin jazdy. Mimo to było bardzo przyjemnie, a podróż minęła zadziwiająco szybko. Kierowca zatrzymał się na jakiejś stacji benzynowej i zabrał ze sklepu skrzynki po warzywach, aby część podróżnych mogła na nich usiąść. Starał się, jak mógł, by dać choć odrobinę komfortu i za to mu chwała. Inni usadowili się na własnych wiadrach, w których coś wieźli lub które stanowiły ich ostatni nabytek.

I tak sobie wszyscy jechali, podziwiając majestatyczne góry za oknem. Koło mnie znajdował się radosny, 8-letni chłopiec David, który podróżował z tatą. Bardzo zainteresował się moimi rozmówkami albańskimi, z których się uczyłam. Siedząca obok mnie pani po chwili wyjęła swoje angielskie rozmówki i próbowała zlepić jakieś zdanie w tym języku. Oczywiście nie za bardzo jej to wyszło, ale i tak przyklasnęłam z zachwytem i powiedziałam, że dobrze sobie radzi. Przyjemnej, wręcz rodzinnej atmosfery nie popsuł nawet drobny wypadek, bowiem nasz autokar nie wyrobił się na ostrym, górzystym zakręcie i wpadł do rowu. Ale jakoś się z niego wygramoliłł i nawet nie musieliśmy z wychodzić na zewnątrz. Jak widzicie, podróżowanie lokalnymi środkami transportu w Albanii to ciąg niekończących się atrakcji. Proszę się nie zrażać, tylko koniecznie spróbować!


 

Sierpień, 2011 r.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50
Zakładki:
Zakładka
stat4u

Kontakt e-mail
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...