niedziela, 13 listopada 2016

Celem bloga od samego początku było propagowanie samotnych podróży, w szczególności tych kobiecych. Staram się pokazywać Wam na swoim przykładzie, że podróż w pojedynkę nie jest skomplikowana organizacyjnie, nie nadwyręża portfela i nie wiąże się z niebezpieczeństwami, o ile jest się osobą rozsądną i odpowiednio przygotowaną – także pod względem kultury i tradycji danego kraju.

 

Ale nie chcąc koloryzować i przesadnie zachwalać samotnych eskapad, muszę wspomnieć o dwóch trudnych kwestiach, które wiążą się z tego typu wyprawą. Pierwsza da o sobie znać jeszcze przed samym wyjazdem. Macie już wybrany kierunek, kupione bilety i zaczynacie głosić tę radosną wieść swoim znajomym i rodzinie. – ”Mamo, tato, jadę do Kambodży… na Karaiby… do Omanu… do Tanzanii…”. I wtedy zaczyna się litania pytań, seria stereotypów podszytych brakiem wiedzy oraz zdziwienie połączone z szokiem i przerażeniem malującymi się na twarzy. –„Ale jak to? Tak sam(a)?” –„Przecież tam trwa wojna, są katastrofy naturalne, a mrówki zjadają całe wioski”. –„Nie boisz się, że Cię porwą, ograbią, zgwałcą, wytną nerkę i na dodatek złamią nogę?”. Tylko nieliczni mówią, że Cię podziwiają, ale ten podziw jest nieco zafałszowany i raczej mają Cię za wariata i desperata aniżeli gwiazdę rocka lub Martynę Wojciechowską.

Wasze otoczenie zapewne nie zauważy podstawowej wartości, jaka wiąże się z podróżami w pojedynkę – można robić co się chce, kiedy się chce i jak się chce. Jest się sobie sterem i okrętem. Ludzie wybierają się samotnie w podróż nie dlatego, że nie mają z kim jechać (no, może niektórzy), ale po to, aby zmienić siebie i spojrzeć na swoje życie i świat z innej perspektywy. Zaręczam Wam, że jak zmierzycie się z tymi wszystkimi głosami przestrogi i czarnymi scenariuszami, które będą płynąć od wszystkich wokół i pomimo nich dalej będziecie czuć, że ta wyprawa nie jest ponad Wasze siły i naprawdę jej chcecie, to jedna z dwóch najtrudniejszych kwestii będzie już za Wami.

A co jest tą drugą? Niegdyś napisałam (o tu), że zawsze staram się nauczyć choć podstaw języka kraju, do którego jadę. W czasie jednej z moich podróży spotkałam dziewczynę, która wyśmiała takie podejście, bo przecież nie sposób nauczyć się chińskiego, kirgiskiego, hebrajskiego, portugalskiego i dziesiątek innych języków. No i miała rację. Ale kto mi zabroni, skoro mam taki kaprys?;) Choć przyznaję, że najlepiej opanować jedynie angielski, francuski i hiszpański, a wtedy będziemy mogli się skomunikować z niemal całym światem. Jednak są takie miejsca, gdzie nikt, naprawdę NIKT nie będzie znał słowa ani po angielsku, ani po francusku, a tym bardziej po hiszpańsku. Dla mnie sensem podróżowania jest trafianie właśnie do takich miejsc. Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda.

Publikuję ten wpis, napisany dużo wcześniej, będąc na wakacjach w Tajlandii i Kambodży. Przed wylotem nie zaopatrzyłam się w rozmówki i nie próbowałam nauczyć się podstawowych zwrotów. Tego, jak powiedzieć „dziękuję”, a jak się przywitać, dowiedziałam się już na miejscu. Język khmerski i tajski są zupełnie niepodobne do tych, z jakimi wcześniej miałam do czynienia, więc stwierdziłam, że tym razem odpuszczę sobie wyzwania językowe. Dopiero w Azji tak naprawdę poczułam, że bariera komunikacyjna jest jedną z największych przeszkód w podróżowaniu. Ale i ją da się pokonać. Przede wszystkim należy uzbroić się w spokój, uśmiech i pozytywne nastawienie. Przyda się też odrobina wyobraźni i cierpliwości, gdy trzeba po kilka razy odgrywać tę samą pantomimę. Ale prędzej czy później dogadacie się… bez słów!

Jako wegetarianka miałam problem z kupowaniem jedzenia na ulicy. Nie chciałam cały czas wybierać droższych restauracji dla turystów. Niekiedy udało się mi wytłumaczyć, że mają być tylko warzywa, innym razem - zwłaszcza w Kambodży - było to trudne. Więc narysowałam na kartce przekreślone udko z kurczaka, rybę oraz kurę i w ten sposób próbowałam przekazać moje bezmięsne menu. Ale przyznam się szczerze, że było mi naprawdę głupio z powodu nieznajomości choć podstawowych zwrotów. Przed następnym wyjazdem do Tajlandii postaram się przyswoić dużo więcej słów. Bo nie chodzi o to, aby mówić całymi zdaniami, ale by sprawiać radość mieszkańcom takimi drobnymi zlepkami pojedynczych wyrazów. 

Na koniec przesyłam Wam dużo ciepła i słońca z Azji Południowo-Wschodniej. Do przeczytania!

 


niedziela, 06 listopada 2016

Jesień to najlepszy czas na czytanie książek. Za oknem wietrznie i mokro, ciemno robi się zdecydowanie za wcześnie, więc po pracy czy szkole ma się ochotę jak najszybciej znaleźć się w ciepłym domu. Jeśli szukacie ciekawych lektur, które pozwolą Wam udać się w daleką podróż bez konieczności ruszania się z fotela i wydawania na to pieniędzy, ten wpis jest dla Was. Oto kolejna odsłona cyklu książkowego.

 

Jenny Nordberg – „Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie”

Nie potrafię wytłumaczyć fenomenu książek o Afganistanie, ale każda z nich jest dla mnie objawieniem. Nie inaczej jest z tą pozycją, podejmującą bardzo trudny temat, a mianowicie zjawisko bacza pusz. Chodzi o wychowywanie córek na chłopców, gdy w rodzinie nie ma ani jednego męskiego potomka. Jest to z jednej strony forma talizmanu i zaklinania rzeczywistości  – obecność w domu chłopca ma sprawić, że kolejnym dzieckiem będzie syn, zaś z drugiej – sposób na zmazanie hańby. Bo w Afganistanie brak męskiego potomka pociąga ze sobą szyderstwa ze strony rodziny i sąsiadów. Winna jest zawsze kobieta, bo nie za bardzo pragnęła syna lub jest fizycznie ułomna, choć pod względem biologicznym to przecież mężczyzna determinuje płeć dziecka.

Ale kto w Afganistanie – kraju, gdzie poziom analfabetyzmu sięga 90% – zaprzątałby sobie głowę jakimiś naukowymi faktami? Tu wciąż dominują przesądy, panuje średniowieczna mentalność, a kobiety nie mają żadnych praw. Autorka przedstawia historię kilku „chłopczyc”, których życie jest przewrócone do góry nogami. Nierzadko nie radzą sobie one ze swoim dojrzewającym ciałem, koniecznością wyboru, kim chcą być i utratą przywilejów, gdy postanowią jednak stać się kobietami. Prócz tego Nordberg zaznajamia nas z niełatwą sytuacją społeczną w Afganistanie, dzięki czemu jej reportaż zyskuje szerszy kontekst i stanowi ogromną wartość naukowo-kulturową. W trakcie lektury czytelnikiem targają rozmaite emocje – od złości, poprzez współczucie, aż po ulgę, że możemy żyć w państwie, które (jeszcze) liczy się z prawami kobiet.

 

Peter Idling – „Uśmiech Pol Pota. O pewnej szwedzkiej podróży przez Kambodżę Czerwonych Khmerów”

Kambodża nie jest krajem, który cieszy się dobrym PR-em. Ludzie kojarzą ją z jakimiś działaniami wojennymi, może niektórzy słyszeli o jakichś mordach lub ludobójstwie. Raczej mniejszość potrafi przywołać konkretne nazwy – Demokratyczna Kampucza, Czerwoni Khmerzy i Pol Pot, który stał na ich czele. Brakuje wiedzy o tym, co się wydarzyło w Kambodży, dlaczego i jakie miało to skutki dla całego kraju i jego ludności. Książka Idlinga może nie odpowiada na te wszystkie pytania w sposób wyczerpujący, ale stanowi ważny wkład w ten wciąż mało znany temat. Jest to wkład tym istotniejszy, że autorem jest osoba zupełnie z zewnątrz.

W książce Idlinga mamy dwóch bohaterów. Z jednej strony nakreśla sylwetkę i pokazuje drogę życiową Pol Pota, którego prawdziwe imię i nazwisko to Saloth Sar. Studiował on we Francji, w kraju wolności i swobód obywatelskich, ale to ciężka praca fizyczna w czasie wakacji w byłej Jugosławii odcisnęła na nim piętno. Zetknął się tam po raz pierwszy z pracą grupową dla dobra wspólnego i zapragnął te same ideały zaszczepić w swoim rodzinnym kraju. Jednak przyjęły one druzgocącą formę – Czerwoni Khmerzy zlikwidowali pieniądze, religię i własność prywatną, zaprzęgając wszystkich do pracy na roli. 1/5 ludności kraju zmarła wskutek głodu, nędzy, chorób i masowych egzekucji.

Drugim, zbiorowym bohaterem reportażu jest szwedzka delegacja, która w 1978 roku odwiedziła Kambodżę rządzoną przez rewolucyjną organizację Pol Pota. Nie byłoby w tym fakcie niż niezwykłego, gdyby nie to, że wizytatorzy w czasie swojego pobytu nie widzieli żadnych śladów zbrodni Czerwonych Khmerów ani głodującej ludności. Więc może Pol Pot nie był taki straszny, jak go malują? Właśnie to jest pytanie, które stawia Idling, a odpowiedź na nie zostawia czytelnikom.

 

Wojciech Tochman – Jakbyś kamień jadła”

To było moje pierwsze zetknięcie się zarówno z twórczością Wojciecha Tochmana, jak i z reportażem dotyczącym konfliktu w byłej Jugosławii. Lektura tej niewielkiej objętościowo książki miała dalekosiężne skutki – z jednej strony rozbudziłam w sobie zainteresowanie tą tematyką, a z drugiej – zapałałam miłością do twórczości Tochmana, którego uważam za najlepszego polskiego reportażystę. „Jakbyś kamień jadła” to jego druga publikacja, która powstała w związku z wyjazdami autora w ramach wolontariatu Polskiej Akcji Humanitarnej do Bośni i Hercegowiny. Nie myślcie, że te niewiele stron przeczytacie szybko i przyjemnie. Zdania są krótkie i konkretne, niby oszczędne, pozbawione niepotrzebnych ozdobników, ale niosą w sobie ogromny ładunek emocji, tragizmu i bólu. Uderzają czytelnika prosto w twarz, rozkładają go na łopatki, nie biorą jeńców.

Bohaterkami reportażu są kobiety, którym wojna zabrała ojców, braci, mężów i synów. Są różne, ale łączy je jedno – ból, strata i brak wiary w człowieka. Każda z tych historii to jak kawałek szkła wbijany prosto w serce. Ale Tochman nie jest żadnym sadystą – w subtelny i wyważony sposób opowiada, jak było, nie ocenia, nikogo nie oskarża. Oddaje tym wszystkim kobietom głos. Tylko tyle i aż tyle. Przedstawia również postać dr Ewy Klonowski, polskiej antropolog, która od 1996 roku pracuje w Bośni przy ekshumacji i identyfikacji ofiar. Świetne są fragmenty, w których zdradza trudy i tajniki swojego zawodu. Mnie ta książka przejęła i wzruszyła. Takie książki chcę czytać. I polecam ją wszystkim.

 

Mariusz Zawadzki – ”Nowy wspaniały Irak”

Ale zaskoczenie! Reportaż Mariusza Zawadzkiego to prawdziwa bomba. Właściwie najlepsze podsumowanie tej książki znajduje się już na okładce. Nie ma w nim cienia przesady czy przekłamania. Autor naprawdę kilka razy narażał swoje życie i był bohaterem przygód, których pozazdrościłby mu sam James Bond. Swoją opowieść o współczesnym Iraku rozpoczyna od rysu historycznego, zestawiając zdobycie i splądrowanie Bagdadu w XIII wieku przez wojska mongolskie z amerykańską interwencją w latach dwutysięcznych. Podobnych błyskotliwych nawiązań, porównań i narracji jest jeszcze więcej.

Książka jest napisana bardzo dobrym językiem, ale to nie powinno dziwić, bo autor jest zaprawionym dziennikarzem, który zna się na swoim rzemiośle. Niektóre fragmenty iskrzą humorem, inne są przejmująco smutne, a gdzieniegdzie pobrzmiewają wręcz echa powieści sensacyjnej. Co najważniejsze, ten reportaż naprawdę wciąga i – co nie mniej istotne – pełni również rolę edukacyjną, obdzierając czytelnika ze schematów zachodniego myślenia i wyrobionych poglądów. „Nowy wspaniały Irak” to książka, która nie pozostawia obojętnym, budzi złość, zmusza do refleksji i otwiera oczy na wiele spraw. Jest znakomita.

 

Kinga Choszcz – „Moja Afryka”

„Moją Afrykę” dostałam w prezencie od przyjaciela Kingi. Autorka zasłynęła pięcioletnią podróżą autostopem dookoła świata, w którą wyruszyła wraz ze swoim chłopakiem – Chopinem. Jednak nie udało się im dotrzeć na kontynent afrykański, więc po pewnym czasie dzielna podróżniczka postanowiła jechać tam już w pojedynkę. Niestety wyprawa skończyła się tragicznie, bo Kinga zmarła w Ghanie na malarię mózgową. Jeszcze przed śmiercią wykupiła z niewoli afrykańską dziewczynkę, którą posłała do szkoły. Potem matka Kingi postanowiła ją odszukać i zabrać do Polski, zapewniając jej nowy dom. Niestety Malaika po pewnym czasie została przez swoją nową rodzinę odesłana do Afryki, mimo że w szkole radziła sobie bardzo dobrze i szybko nauczyła się języka polskiego. Smutne, by nie powiedzieć haniebne zakończenie tej historii.

Afrykańskie zapiski są więc książką pośmiertną. Mają – jak to u Kingi – formę pamiętnika, czyli relacjonują jej bieżące przygody. Jest to na pewno ciekawsza lektura od książki napisanej wspólnie z Chopinem po ich pięcioletniej podróży. W „Prowadził nas los” autorzy chcieli opisać wszystkie kraje, które odwiedzili – rzecz szalenie trudna i wymagająca – a że nie mieli na to dobrego pomysłu, skupili się na banalnych i skrótowych opisach. Kinga w swojej autorskiej książce pozwala sobie na więcej obserwacji i dzieli się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami. Jednak jej styl jest wciąż infantylny, często irytujący, choć afrykańskich przygód można naprawdę jej zazdrościć. Kinga była odważną podróżniczką, z wielkim zaufaniem do ludzi – tego nikt jej nie odbierze. Ale pisanie jest wyzwaniem, by nie powiedzieć sztuką. Kinga daru opowiadania nie miała. Choć nie miała też wpływu na kształt tej książki.

 


Tagi: książka
13:47, writeandtravel , hydepark
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 października 2016

Zbliża się 1 listopada, a ja zgodnie z tradycją zapoczątkowaną rok temu publikuję wpis okolicznościowy. Poprzednio opisywałam Cmentarz Bródnowski – największy w Warszawie, a pod względem liczby pochowanych będący największym w Europie. Tym razem postanowiłam przybliżyć Wam dwie mniejsze nekropolie, które są mało znane nawet warszawiakom i rzadko, o ile w ogóle, przez nich odwiedzane. Mowa o Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim (luterańskim) i Ewangelicko-Reformowanym (kalwińskim).  

 

Powstały one w 1792 roku, a do tego czasu istniało wspólne miejsce pochówku dla obu wyznań ewangelickich w okolicach dzisiejszej alei Solidarności w samym centrum Warszawy. Jednak dłużej tak być nie mogło ze względu na ogromne zagrożenie epidemiologiczne, dlatego marszałek Lubomirski wydał dekret zakazujący dalszego chowania zmarłych w obrębie miasta. Tyczyło to nie tylko nekropolii protestanckich, ale też żydowskich i katolickich. W ten sposób obok siebie utworzono trzy cmentarze, które sąsiadują ze sobą po dziś dzień i ze względu na rozwój terytorialny stolicy znajdują się w jej centrum.  

Cmentarze ewangelickie usytuowano przy obecnej ulicy Młynarskiej (luterański) i Żytniej (kalwiński), na pięciohektarowym terenie wydzierżawionym od bankiera Karola Schultza, właściciela dóbr Wielka Wola. Nekropolia ewangelicko-reformowana była o wiele mniejsza i uboższa, a przez pierwsze 12 lat pieczę nad nią sprawował młynarz, który mieszkał w budynku cmentarnym, gdyż parafii nie było stać na zatrudnienie grabarza. Oba cmentarze są miejscami spoczynku zamożnych mieszkańców stolicy o wysokim statusie społecznym – bankierów, kupców i przedsiębiorców, których mogiły znajdują się w ich centralnej części. Pod murem leżą zazwyczaj postaci zasłużone dla kultury i nauki polskiej – malarze, pisarze, aktorzy, architekci czy lekarze.

Znajdziemy tu nie tylko groby protestantów, ale też metodystów, adwentystów, jak i wolnomyślicieli i osób bezwyznaniowych, których ze względów dogmatycznych i światopoglądowych nie chciano pochować na katolickich cmentarzach. W okresie międzywojennym zdarzało się nawet, że zmarłych grzebano przy dźwiękach międzynarodówki. Była to więc nekropolia otwarta dla wszystkich i wielce tolerancyjna. Ciekawym zjawiskiem jest również obecność wielu mogił żydowskich. Zgodnie z ówczesnym prawem nie można było od razu przekonwertować się z judaizmu na katolicyzm, więc najpierw przechodziło się na protestantyzm. Typowe jest zatem to, że dziadek z danej rodziny leży na cmentarzu żydowskim, ojciec – na cmentarzu protestanckim, a syn jest już katolikiem pochowanym na Powązkach.

 

Galeria rzeźby i świadek historii

Innym niezwykłym faktem dotyczącym obu nekropolii jest ich wartość artystyczna. Projektantem układu alejek i zabudowań był wybitny architekt Szymon Bogumił Zug. Możemy na nich również podziwiać wspaniałe rzeźby nagrobne, które przetrwały w znakomitym stanie, dzięki czemu cmentarze są galerią rzeźby na świeżym powietrzu. Ich autorami byli pierwszoligowi ówcześni artyści – Bolesław Syrewicz, Bolesław Jeziorański, Andrzej Prószyński, Jakub Tatarkiewicz, Feliks Giecewicz, którzy tworzyli w rozmaitych nurtach – klasycystycznym, gotyckim, a rzadziej secesyjnym i modernistycznym. Choć mało kto wybiera się na cmentarz, traktując go jako przestrzeń artystyczną lub miejsce spacerowe, to w XIX wieku pełnił on właśnie taką rolę. Był niczym plac miejski, na którym dozwolone było umieszczanie tego, czego w innym miejscu publicznym nie pozwolono stawiać. Dlatego warto odwiedzać zabytkowe nekropolie nie tylko w okolicach 1 listopada. Ja lubię to robić zwłaszcza jesienią, gdy pod nogami mam dywan z żółto-czerwono-pomarańczowych liści, a pora roku nastraja mnie melancholijnie.

Teren nekropolii ewangelickich był również widownią wielu wydarzeń historycznych. W okresie insurekcji kościuszkowskiej weszły one w skład systemu fortyfikacji Warszawy. W powstaniu listopadowym stanowiły naturalną warownię i wiele nagrobków zostało poważnie uszkodzonych. Jednak największe zniszczenia przyniosły naloty z września 1939 roku oraz walki w czasie powstania warszawskiego. Kto oglądał film „Miasto 44”, pamięta wstrząsające sceny ostrzału powstańców przez Niemców – miały one miejsce właśnie na tym cmentarzu, a w ich wyniku zginęli żołnierze Batalionu „Zośka”. Bardziej ucierpiała wówczas nekropolia ewangelicko-reformowana, ale w sumie 60% zabytkowych mogił uległo zniszczeniu.

 

1. Oba cmentarze protestanckie mają ogromne walory wizualne i są wyjątkowymi przestrzeniami artystyczno-spacerowymi. Historyczne mogiły czasem trudno dojrzeć wśród dzikiej i bujnej roślinności. Dodatkowo z góry osłaniają je dorodne kasztanowce, na które trzeba uważać jesienią.

PA020788

PA020831

PA020824

PA020817

PA020822

PA020825



2. Galeria rzeźby na świeżym powietrzu. Wspaniałe realizacje spod ręki najlepszych ówczesnych rzeźbiarzy.

PA020846

PA020849

PA020858

PA020795

PA020872

PA020868

 

3. Grób rodziny Kazimirus – Jan Bogumił był właścicielem browaru słynącego z wysokiej jakości piwa. Jego córka Joanna Neybaur zapisała się w historii jako filantropka i działaczka społeczna, czemu mogła się oddawać dzięki ogromnemu majątkowi. Nazywana „Matką sierot” przez całe życie wraz z mężem jubilerem finansowała domy starców, sierocińce i ochronki. Jej grobowiec, wystawiony 2 lata po śmierci, jest wyjątkowej urody i składa się aż z czterech części – urny rzymskiej, całunu i popiersia wstawionego w ściankę z niszą. Każdy z tych elementów mógłby funkcjonować niezależnie. Popiersie zmarłej zostało oddane z wszelkimi detalami – realistyczne rysy twarzy, misternie wykuta koronka czepka i fałdy materiału. Jego twórcą był Bolesław Syrewicz, słynący z wszechstronnych zainteresowań i inspiracji. Był najważniejszym rzeźbiarzem 2 poł. XIX wieku, a swoją pracownię miał na Zamku Królewskim.

 

4. Obok znajduje się nagrobek Ludwika Andersa – lekarza pediatry, współzałożyciela i pierwszego prezesa Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego. W testamencie całą swoją bibliotekę – 560 tomów, przekazał na rzecz tej organizacji. Secesyjna rzeźba żałobnicy jest autorstwa Bolesława Jeziorańskiego, ucznia Wojciecha Gersona – słynnego pedagoga i twórcy szkoły rysunku w Warszawie. Jego grób znajduje się właśnie na cmentarzu ewangelickim.

 

5. Godna uwagi jest symbolika widoczna na mogiłach. Często spotykanym motywem są pochodnie skierowane w dół jako symbol wygaszającego się życia. Na nagrobkach gotyckich można zauważyć piszczele i czaszki. Na grobie Elisabeth Eckelt z przełomu XVIII i XIX wieku, jednym z najstarszych na cmentarzu, widzimy rękę kobiety wystającą z otwartej trumny, jakby chciała się z niej wydostać. Ten często powtarzający się motyw bywa nieco wstrząsający dla katolików. Jakby tego było mało, pod spodem znajdują się postaci dwóch małych dzieci siedzących na trumienkach, co ma sugerować, że pozbawione opieki matki są skazane na śmierć. Na mogile zauważymy też motyle, które symbolizują życie wieczne, oraz jaszczurkę na kamieniach oznaczającą grzechy, jakie po śmierci pozostają na ziemi.

 

6. Rodzina Spiess to jedni z twórców Polfy Tarchomin. Posąg pochodzi z warsztatów Konstantego Hegla – twórcy Syrenki z Rynku Starego Miasta, choć nie wiadomo, czy to on był jego autorem.

 

7. Na Grobie Emila Schweizera znajduje się jedna z najciekawszych i bardziej przejmujących rzeźb. Wyszła spod dłuta Feliksa Giecewicza, jest modernistyczna w formie i przedstawia Ikara tuż po upadku. Jego ciało jest bezwładne, ale skrzydła wciąż mocne. Emil zginął tragicznie w wieku 25 lat w czasie próby pobicia rekordu prędkości w jeździe na motocyklu. Był sportowcem i pilotem, pochodził z rodziny współwłaściciela fabryki musztardy A. Schweitzer.

 

8. Ten skromny nagrobek kryje wielkiego człowieka – Stanisława Lorentza, historyka sztuki i muzeologa, przez 47 lat Dyrektora Muzeum Narodowego. W czasie wojny ratował zbiory sztuki, a tuż po niej był jednym z inicjatorów odbudowy Zamku Królewskiego.

 

9. Grób Samuela Linde – językoznawcy, pedagoga i autora słownika języka polskiego w okresie, gdy Polska była pod zaborami. To jemu zawdzięczamy to, że język polski przetrwał mimo 123 lat rusyfikacji i germanizacji. Linde sprowadził też Chopinów do Warszawy, aby Mikołaj, ojciec Fryderyka, uczył francuskiego w szkole. Twórcą popiersia jest Jakub Tatarkiewicz, który zapoczątkował reklamowanie rzeźb w gazetach. Jego praca w detaliczny sposób przedstawia postać, odchodząc od klasycystycznej idealizacji.

 

10. Stanisław Jankowski, ps. ”Agaton”, to żołnierz AK, cichociemny, a z wykształcenia i zawodu architekt-urbanista. Był jednym z autorów powojennej odbudowy stolicy. Pracował także za granicą – w Iraku, Japonii i Wietnamie, gdzie podjął się trudu odbudowy tamtejszych zniszczonych miast.

 

11. Ten oryginalny i wystawny żeliwny grób w stylu nowogotyckim został ufundowany ukochanej żonie przez męża, prywatnie miłośnika nowości, stąd żeliwo.

 

12. Czerwony granit ma nawiązywać do barwy czekolady. A jeśli mowa o czekoladzie, to chodzi oczywiście o rodzinę Wedlów. W grobowcu leżą między innymi syn i wnuk założyciela firmy, Karola. Rzeźba Chrystusa autorstwa Stanisława Lewandowskiego stanowi połączenie secesji (loki włosów i fałdy sukni) oraz klasycyzmu (statyczna postawa figury).

 

13. Grób Olgi Niewskiej, międzywojennej rzeźbiarki i jednocześnie celebrytki, która pracowała tylko dla największych ówczesnych postaci, na czele z marszałkiem Piłsudskim i prezydentem Mościckim. Spowodowała skandal obyczajowy, odbijając męża aktorce Mieczysławie Ćwiklińskiej. Niestety jej mogiła jest mało "celebrycka".

 

15. Również grób piosenkarki Anny German nie zaświadcza o jej popularności i wielkiej, międzynarodowej sławie.

 

14. Malarza Józefa Simmlera może nie każdy kojarzy z nazwiska, ale na pewno widzieliście jego obraz „Śmierć Barbary Radziwiłłówny”.

 

16. Pozostając w tematyce malarskiej – grób rodziny Marconich. Bohdan Marconi, konserwator i teoretyk konserwacji, w latach 40. XX wieku restaurował „Bitwę pod Grunwaldem” po tym, jak w opłakanym stanie przetrwała drugą wojnę światową, zakopana w ziemi w szopie pod Lublinem.

 

17. Skromny i zaniedbany nagrobek Szymona Bogumiła Zuga – projektanta obu cmentarzy.

 

18. Na terenie nekropolii toczyły się walki w czasie Powstania Warszawskiego. Tablica przed wejściem została poświęcona poległym żołnierzom Batalionu „Zośka”, zaś na jednym z grobów znajdziemy ślady po kulach.


 

poniedziałek, 24 października 2016

Nie, nie mam na myśli Dubaju, Oslo czy Zurichu. Chodzi o miasto, które było prawdziwym hegemonem i zdominowało wiele dziedzin życia. Właśnie – było, bo nie mówię o czasach obecnych, a o latach 1600-1800.

 

Amsterdam stanowił wówczas centrum zachodniego świata. Miał potężną flotę handlową, dzięki czemu zdominował żeglugę i sprowadzał najbardziej pożądane kolonialne towary. W mieście powstał pierwszy na kontynencie bank kapitalistyczny, przez co Holandia stała się bankierem Europy. Lokalni malarze tworzyli wspaniałe obrazy, dając podwaliny tak cenionemu po dziś dzień malarstwu holenderskiemu. Stolica Republiki, świetnie prosperując pod względem społecznym, kulturalnym i gospodarczym, przyciągała tysiące imigrantów (z Niemiec, Europy Wschodniej, Skandynawii, Francji, Hiszpanii, Portugalii) nie tylko ze względu na możliwość zarobku, ale też z powodu wolności i swobód osobistych.

Słynni filozofowie – John Lock i Kartezjusz publikowali tu swoje traktaty filozoficzne, bo w ich krajach było to niemożliwe, a nawet zagrożone karą więzienia. Holandia była protestancką i mieszczańską wysepką na tle wielkich europejskich monarchii, w których ogromną władzę dzierżył również Kościół katolicki. Jednak wszystko, co dobre, kiedyś musi się skończyć. Amsterdam stracił swoją pozycję w 1795 roku wraz z początkiem francuskiej okupacji. Dodatkowo w 1799 roku zbankrutowała Zjednoczona Kompania Wschodnioindyjska, która w największej mierze odpowiadała za rozwój i bogactwo Niderlandów. O tym, co działo się przez dwa wieki holenderskiej dominacji, piszę w szczegółach poniżej.

 

Życie społeczne

Mimo licznych wojen siedemnaste stulecie należy do najlepszych okresów w historii Holandii i określa się je mianem Złotego Wieku. Republika była na tle reszty Europy absolutnie wyjątkowa – wyróżniały ją czyste miasta, wygodne i duże domy oraz majętne społeczeństwo, którego filar stanowiło mieszczaństwo. Krajową zamożność zapewniało przede wszystkim rybołówstwo i handel morski, a w dalszej kolejności rolnictwo, przemysł i usługi bankowe. Holandia miała najnowocześniej zorganizowany system finansów, a na kontynencie słynęła nie tylko z hodowli tulipanów i ceramiki z Delft, ale także ze względu na szlifowanie brylantów, wyrób luster i soczewek oraz cenione holenderskie płótna.

Bogactwo nie objawiało się wyłącznie w sferze materialnej, ale także kulturowej – wielu Holendrów znało obce kraje i języki. Poziom analfabetyzmu był bardzo niski, m.in. dzięki istnieniu licznych szkółek przy kościołach kalwińskich, a naukę można było pobierać bez względu na pozycję społeczną. W pierwszej połowie XVII wieku w Holandii działało 6 uniwersytetów przy zaledwie dwumilionowej populacji – cztery z nich istnieją do dziś. Kraj był też potentatem drukarstwa i stał na straży wolności słowa – drukowano w nim więcej książek niż w całej Europie, a często były to publikacje zakazane w innych krajach.



 

Rozkwit malarstwa

W Złotym Wieku powstało w Holandii aż 3 mln obrazów. Nie tylko bogate mieszczaństwo, ale też mniej zamożni mieszkańcy Republiki decydowali się na ich zakup, traktując je jako lokatę kapitału. Brakowało gruntów ornych pod inwestycję, więc pieniądze lokowano właśnie w obrazach. W kraju praktycznie nie istniał mecenat kościelny, dworski i magnacki ze względu na cechy ustroju politycznego. Prym wiódł mecenat mieszczański i w związku z tym tematyka dzieł również była na wskroś mieszczańska – lubowano się w pejzażach, portretach, scenach obyczajowych i martwych naturach. Purytańscy Holendrzy odrzucali tak popularne w innych krajach malarstwo historyczne, alegoryczne i o treści mitologicznej.

Popyt na obrazy był tak duży jak podaż, dlatego między malarzami istniała duża konkurencja i musieli wyspecjalizować się w różnych rodzajach malarskich, np. twórcy widoków miejskich, wnętrz kościelnych, martwych natur z kwiatami lub z jedzeniem, maryniści, animaliści, malarze scen z karczmy chłopskiej, na ślizgawce lub na festynach ludowych. Za specjalizacją szła też odpowiednia wiedza, więc maryniści świetnie znali się na typach statków i ich konstrukcji, a animaliści mieli zgłębione tajniki anatomii zwierząt. Wśród najbardziej znanych mistrzów pędzla należy wymienić Rembrandta, Halsa, Vermeera, Van Goyena czy Steena.



 

Silna flota i kolonializm

Pod koniec XVII wieku dziewięciu holenderskich kupców założyło kompanię nazwaną „Compagnie van Verre”, której celem było przygotowanie dziewiczej wyprawy do Azji w celu zdobycia ton przypraw, na których mieli zbić majątek. Pieprz, gałka muszkatołowa czy cynamon były w tamtym czasie produktami luksusowymi i płacono za nie horrendalne sumy. Do dziś w języku niderlandzkim mówi się peperduur – „drogie jak pieprz”. Wyprawa zakończyła się sukcesem, więc postanowiono iść za ciosem i zorganizować całą flotę, co jednak nie było tanim przedsięwzięciem. Dodatkowo należało działać wspólnie, by przeciwstawić się portugalskiej konkurencji.

Tym sposobem w 1602 roku powołano do życia Zjednoczoną Kompanię Wschodnioindyjską (VOC), w skład której wchodziło sześć izb, reprezentujących miasta z prowincji Holandia i Zelandia. Amsterdamska izba miała pozycję o wiele silniejszą niż pozostałe i pokrywała połowę kosztów funkcjonowania całej organizacji. Statki kompanii dobijały do nieznanych zakątków Azji, jej szefostwo obradowało w imponującym gmachu w centrum Amsterdamu, a holenderska klasa średnia kupowała jej akcje, by dobrze na nich zarobić. Wiara w to, że handel z dalekimi krajami przyniesie majątek, była ogromna. Warto podkreślić, że był to pierwszy taki przypadek w dziejach świata, że władze przedsiębiorstwa poprzez sprzedaż akcji postanowiły zgromadzić kapitał potrzebny na ryzykowną działalność.

Zjednoczona Kompania Wschodnioindyjska odegrała kluczową rolę w historii Holandii. Bez niej nie byłoby późniejszych Indii Holenderskich i skomplikowanych stosunków z Indonezją. Początkowo skromne VOC, mające skupiać się wyłącznie na dobrowolnym handlu z tubylcami, sięgało po coraz ostrzejsze środki. Nie tylko w walce z portugalskimi, angielskimi czy hiszpańskimi konkurentami, ale także wobec swoich „dostawców”. Poszerzała się także skala handlu – z Indii przywożono już nie tylko przyprawy, ale i kawę, herbatę czy opium. Wszystkie te produkty trafiały do Amsterdamu, co umacniało gospodarczą i polityczną pozycję miasta.

Niemniej holenderski system kolonialny różnił się od systemów stworzonych przez innych kolonizatorów. Oparty był na współpracy i lojalności lokalnych władców, a nie na bezpośrednim podporządkowaniu się kolonii  królowi, bo w Holandii żadnego króla nie było. Poza tym kolonizacji holenderskiej towarzyszyła tolerancja religijna – nie wprowadzano na siłę chrześcijaństwa, bo nie stanowiło ono obowiązującej religii. Istotny był również aspekt międzynarodowościowy – ze względu na niedostateczną liczbę Holendrów skłonnych do wyjazdu do kolonii korzystano z ochotników innych narodowości, np. Niemców, Francuzów, Skandynawów, Szwajcarów, Żydów i Polaków.


 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51
Zakładki:
Zakładka
stat4u

Kontakt e-mail
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...